Koszyk (0)
 
Niedoceniony majstersztyk według Martina Ń vol.10.
2011-09-01 12:36:30

 

 

 

 

 

Kool Keith – „Sexstyle”

 

Kool Keith to gość, którego pierwsza aktywność na scenie sięga lat 80’tych. Już wtedy wydawał się nieco ekscentrycznym, ale - bez wątpliwości - utalentowanym wokalistą. Wspólnie z grupą Ultramagnetic Mc’s współtworzył klasyczne brzmienie wschodniego wybrzeża Stanów, a takie kawałki jak: „Ego trippin”, czy „Ease back” są tego niezbitym dowodem.       

                                                                                                                            

Keith już od początku zdradzał skłonności do dziwactw, zarówno w rymach, jak i w zachowaniu, ubiorze itd. Nosił peleryny, rymował połamanym zlepkiem naukowych pojęć, mimo to – a raczej dzięki temu - gromadził rzesze fanów, od nowojorskich gangsterów, po wykształconą amerykańską młodzież. Większość Jego klipów, zdjęć i okładek to czysty „kamp” - zamierzony kicz, zabawa bezguściem, więc nie przestraszcie się jeśli zobaczycie gościa ubranego „na hip-hopowo”, ale z plastikowymi włosami i w rękawicach bramkarskich.              

 

Swój pierwszy solowy album wydał pod pseudonimem Dr.Octagon w 1995 roku. Warstwę muzyczną tego wydawnictwa przygotował m.in. Dan The Automator, a scratche są dziełem samego Dja Qberta! Był to przełomowy moment, kiedy Keith odkrył zupełnie nowe złoża możliwości, nieco innych fanów niż w przypadku Ultramagnetic Mc’s i zdecydowanie polubił pracę w pojedynkę. Na dowód tego pozwolę sobie przytoczyć liczbę wydanych przez niego płyt, których jest, uwaga – 29! W samym 2006 roku pojawiło się aż 9 długogrających krążków Kool Keitha, pod tym, lub innymi pseudonimami.                                                      

 

Pamiętacie płytę Świntucha, czyli alter ego Tymona z Wrocławia? Jeśli tak, to płyta Kool Keitha „Sexstyle” reprezentuje tę samą konwencję, choć w nieco ostrzejszym wydaniu. Album został wpisany przez samego twórcę w nurt „pornocore”, którego jest rzekomym wynalazcą, tak samo zresztą jak „horrorcore’u”. Jednak nie dlatego jestem wielkim entuzjastą „Sextyle”. Jestem nim ze względu na głos, flow, wyobraźnię i charyzmę Keitha. Ze względu na refreny, które zapadają w pamięć na zawsze. Na beaty, które emanują prostotą, lecz mają w sobie wszystko to co w hip-hopie (chyba) najważniejsze: mocne perkusje, niskie basy i klimatyczne sample. Ogólnie rzecz biorąc nigdy nie zawiodłem się na żadnym z Jego albumów. Gość ma już 48 lat, ale osobiście nie słyszę, żeby się zestarzał. Z każdą płytą stara się wnieść coś świeżego i być może ku Waszemu zdziwieniu – udaje mu się to. Polecam jego twórczość od deski do deski, a poniżej daję teledysk z „Sexstyle”. Trzymajcie się, yo!

 

Martin Ń a.k.a. Ńemy 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PARTNERZY